odcinek 2 – Powrót pradawnej istoty

Witajcie po dłuższej przerwie…

Przepraszam za tak duuuże opóźnienie, mam nadzieję, że nadal tu zaglądacie. ;) Potrzebowałam czasu, aby przemyśleć parę spraw, pisanie wtedy nie było mi głowię. Jednak widząc Wasze rosnące zainteresowanie moim opowiadaniem, postanowiłam się przełamać, i opublikować napisany miesiąc wcześniej odcinek, albo właściwie ułamek odcinka, ponieważ pierwotnie miał być on długi. Trochę pomęczę Was opisami, niestety są one konieczne, by zrozumieć koncepcję opowiadania. Obiecuję, że później będzie już lżej. :)

Mam nadzieję, że polubicie Dorindę, chcę zrobić z niej charakterną postać, a nie nudną ślicznotkę. Reszta postaci pozostanie niezmienna, przede wszystkim Phobos… :D

Wakacje dobiegają końca, od września pisanie będzie na drugim planie, jednak postaram się nie zaniedbywać bloga! W razie wątpliwości piszcie do mnie na pocztę, sprawdzam ją codziennie, więc nie będzie problemu z odpowiedzią. Dziękuję wszystkim za komentarze, jesteście kochane! :) :*

Pozdrawiam oraz zapraszam do lektury! ;)

________________________________________________________________

Owładnęło ją wrażenie, iż ogląda film o samej sobie. Wspomnienie po wspomnieniu, niczym klatka za klatką, pojawiało się w głowie dziewczyny. Od tych całkiem starych, np.: siedmiolatki uciekającej z fotelu dentystycznego, aż do względnie świerzych, typu pierwszego pocałunku piętnastoletniej wówczas Dorindy. Wędrującej między zapiskami pamięci, Ziemiance, towarzyszyła nostalgia. Nie potrafiła powstrzymać łezki wzruszenia, widząc swoją rozpacz, gdy utraciła wypełnionego helem balonika. Miała wtedy osiem lat.

Poznawanie zawartości czyjegoś umysłu wywoływało zwykle błogi trans u panny Sparks, lecz tym razem część rozsądku licealistki protestowała otwarcie przeciw owemu, nienaturalnemu zjawisku. Skąd ktoś zupełnie obcy, zna tak spory kawał jej życia? Chciała wykonać krok wstecz, jednak coś wtedy zaciekawiło, a zarazem przeraziło posiadaczkę telepatycznych zdolności… Ujrzała bowiem swych rodziców, biegnących dokądś. „Czy nad nimi również wisi niebezpieczeństwo?” Mało brakowało, by brunetka zaczęła błagać o litość dla bliskich, kiedy wizerunek pary wychowującej bez wątpienia niezwykłe dziecko, począł się rozmazywać. Już chwilę później obserwowała przeobrażenie dwójki darzących ją miłością ludzi. Coraz mniej przypominali siebie. „NIEEE!!!!!”

Momentalnie cofnęła dłoń, dysząc ciężko, jak gdyby przebyła maraton, i spojrzała zamglonym wzrokiem na członka królewskiego rodu. Budzący złe przeczucia strażników uśmieszek księcia, nie opuszczał ust młodego mężczyzny. Nic dziwnego – przecież dokonał zamierzonego czynu, jakiego stanowiło rozpętanie zamętu serca potencjalnej ofiary. Rozbawiony, czytał myśli dziewczęcia równie zachłannie co pasjonującą książkę. Siły osobnikowi dodawał ból zdezorientowanej przybyszki, odpychającej podświadomie okrutną prawdę. Chociaż zdążyła zobaczyć wystarczająco wiele nie znajdujących racjonalnego wytłumaczenia osobliwości, aby uwierzyć we wszystko, zaprzeczała bycia okłamywaną przez kochaniutkich opiekunów – animagów. „Ależ lichutkie wnętrzem stworzeniem” -  zakpił.

- Wiedziałabym, żyjemy pod jednym dachem!!! To podły blef! – Wykrzyczała dygocząca ze wściekłości, błękitnooka.

- Dlaczegóż miałbym cię ranić? Przykro mi, że dopiero teraz odkryłaś szokujące oblicze przybranych rodziców, ale… – Sianie kłamstw dwudziestolatkowi zakłóciła Dorinda, wchodząc Escanorowi w zdanie:

- Zamilcz natychmiast!!!

Ciemna łuna poraziła wpierw grupkę strażników, która opuściła niespodziewanie ciało czarnowłosej mieszkanki magicznego miejsca świata, Heatherfield. Stwory jedynie zagradzały kuli energii do stojącego odrobinę dalej celu, księcia Phobosa. Zatoczyła więc koło, po czym z impetem uderzyła niespodziewającego się ataku Meridiańczyka. Rzuciła nim oraz trzymała uwieszonego nad podłożem sekundę lub dwie, gnieżdżąc młodego mężczyznę milionem niewidzialnych igieł. Wydał okrzyk cierpienia, aczkolwiek wewnętrzna tortura pozostawiła tylko garstka drobnych siniaków, żadnych śladów ukłucia.

Siedemnastoletnią Dorindę zawiodła półkula mózgu, podporządkowana logicznemu rozumowaniu, wręcz nie wierzyła swym oczom.

- Przepraszam, ja – ja… Nie chciałam… – Szepnęła, czując nadciągające omdlenie.

Redentor pomógł przyjacielowi podtrzymać lekko, masującą skronie towarzyszkę. Istniała obawa, że znów przypadkiem oberwą, jednak tutejszy rozruch był czymś, czego pragnęli koniecznie uniknąć. Strażników nie obchodziły obrażenia, których donieśli, tym bardziej obojętnie traktowali pół przytomnego skazańca. Priorytet odgrywał porządek w podziemnym więzieniu.

- Dosyć na dzisiaj księżniczko, pora wracać. – Rzekł wielkolud, przebywający najbliżej dziewczyny.

Początkująca sportowczyni z ulgą kiwnęła głową, przerośnięta wrażeniami. Przybrała postać tykającej bomby, mogła bez zapowiedzi eksplodować. Opuszczając Nieskończone Miasto, obejrzała się ostatni raz za siebie, posyłając mu pożegnalne spojrzenie.

 

***

 

Elyon przemierzyła pełna niepokoju komnatę odwiedzin, słowa przyjaciółek przelatywały gdzieś ponad uszami Światła Meridianu. Ignorowała więc skargi byłych strażniczek. Wszystko wraz umilkło, oczekując niewiadomego: odgłosy krzątającej się po zamku służby, powozów, mieszkańców królestwa. Choć władczyni zataiła przed poddanymi przepowiednię wieszczki, to lud mimo tego snuł domysły, odkąd Magie zawitała w ich świecie. Krążyły pogłoski, iż pewien potężny demon przybył z Hadesu, ciągnąc ze sobą świtę potępionych i usiłuje zawładnąć Wszechświatem.

Panika narastała, próbowano zaradzić smętnym nastroją, organizując częste bale oraz wygłaszając uspakajające przemówienia, jednak na średniowieczne przesądy nie ma rady. Trudno było odnaleźć przyczynę, wywołującą dziwaczną teorię poddanych. Dla dorastającej na stokroć bardziej rozwiniętej postępowo planecie dziewczyny, zrozumienie meridiańczyków stanowiło nie lada wyzwanie. Trwożyła ją obawa, że zawodzi jako głowa świata, ogarnianego przestrachem. Powinna gasić lęki, szerzyć nieustannie pokój, zamiast główkować dniami i nocami za wynalezieniem mniej ryzykownego ratunku wymiaru, od przedstawionego przez wędrującą panią rozwiązania.

Posępna blondynka dobrą chwilę trwała nieruchomo, Irmę Liar zawieszenie gospodyni zaczynało już solidnie irytować.

- Wyjaśnisz jeszcze raz, co ona tam tak długo robi? – Rzuciła, lekceważąc jednocześnie ostrzegawczy warkot siedzącej tuż obok panny Hale.

Zaraz również usłyszała głos wewnątrz umysłu, ciemnoskórej eks – czarodziejki: „Cornelia prosi byś przestała zamęczać Elyon pytaniami”. Chciała odpowiedzieć telepatce coś uszczypliwego, lecz uwagę szatynki odwróciła jasnowłosa kobieta, opuszczająca wtem przyciemniony róg imponującego pięknem pomieszczenia. Czwórka licealistek ogarnęła osobniczkę spojrzeniami.

- Musimy być cierpliwi, odkrycie zaszyfrowanej mocy księcia może zająć zarówno moment, jak niezmierzoną wieczność. – Rzekła poważnie.

Dwa lata temu, tuż po upadku Nerissy, odnaleziono Pradawną Istotę zaklętą w marmurowym posągu, zdobiącym wodospad Nieskończonego Miasta – domu niewiasty. Szmat czasu podszywała się pod nią podstępna wiedźma. Nim prawda ujrzała światło dzienne mówiono, że dawno zmarła, ponieważ nieśmiertelność Kapłanki była obca nawet potężnemu Kondrakarowi. Nie mogła zostać uśmiercona, ale uwięziona już tak. Caleb odnalazł rzeźbę, wydającą się chłopakowi lustrzanym odbiciem młodej Magie, Wyrocznia zdjął klątwę z Meridianki, mającej nie zaznać nigdy starości.

Czarodziejka przedstawiła swą historię, a później przepadła, zyskując tym samym przydomek wędrowniczki. Nocą odwiedzała galaktyki, by poznawać głoszoną przez gwiazdy przyszłość. Wykonywanie magicznego zajęcia umożliwiała kilkusetlatce znajomość języka kulistych ciał niebieskich. Zdobyte wieści przekazywała każdemu, kogo dotyczyły.

Półtora pełni księżyca wcześniej, powróciła na ojczystą planetę, niosąc młodej Escanor posępną nowinę. Otóż dokonująca szeregu makabrycznych zbrodni Lorenwer, uknuła zemstę. Gwiazdy ukazały Kapłance Meridian pokryty gruzami, prawdopodobnie  więc planowała jego destrukcję. Według skupiska powiązanej grawitacyjnie materii, jedynie zjednoczenie sił wszystkich Serc wszystkich wymiarów (obejmując nieprawowite), zdoła zatrzymać żądną krwi bestię, przywdziewającą ludzką skórę.

Odważna Elyon mogła stanąć do walki bez niczyjego wsparcia, licząc, iż światłością pokona wroga. Jednak zbyt mocno kochała pełen ufności lud, którego śmierć nastolatki pozbawiłaby źródła opieki. Osieroconą królowe dręczyło wyłącznie jedno – jej przesiąknięty złem brat nie stoczy boju o istnienie Meridianu, gdyż mężczyźnie jest właśnie odbierana moc. Zresztą Phobos chętniej zdezerterowałby, wspierając reprezentantkę mroku, niż pomógł znienawidzonej członkini rodziny. Wieszczka pocieszyła trapioną wielkim zmartwieniem władczynię, wyjawiając, że Whira przed śmiercią podarowała swemu pierworodnemu synowi czar, ciągle pozostający nieznany właścicielowi. Osobnika można oczyścić wyłącznie z wykorzystywanej podczas życia magii.

Owa wiadomość tworzyła niestety kolejną przeszkodę – aby wybadać tajemniczą energię dwudziestojednoletniego tyrana potrzebowano zdolności, posiadanej przez zaginioną księżniczkę najmłodszego wymiaru Wszechświata, Lacrimisu. Kondrakar ani Elyon w całej wszechmocy nie potrafili tego, czym dziki świat obdarował przyszłą władczynię, mającą dzięki niemu strzec poddanych przed nieprzyjaciółmi. Przypadłość młodej dziewczyny obnażała dusze, wnikała we wszystkie uczucia osobliwości, nawet najgłębiej skrywane. Światło szóstego, ostatniego wymiaru, Dorotea, stanowiła niezbędny element układanki, bowiem wykluczenie jednego Serca, uniemożliwi ocalenie Meridianu oraz całego Wszechświata.

Zanim blond włosa przywódczyni magicznego narodu wydała polecenie sprowadzenia do pałacu niegrzeszącą przeciętnością rówieśniczkę, poznała powód przyjścia na świat Dorindy. Zgłębiając relację Pradawnej Istoty, dotyczącej egoistycznych pobudek Nerissy, jakimi kierowała się zachodząc w drugą ciążę, nadała kobiecie bezkonkurencyjnie, miano najgorszej matki. Ponoć ówcześni władcy Meridianu – królowa Whira i król Zodern, zgodnie z panującymi setki lat temu obyczajami, poszukiwali żony dla ich trzyletniego synka, Phobosa. Głównym warunkiem była błękitna krew, płynąca żyłami kandydatki. Choć drzewo genealogiczne wymienionej wcześniej wiedźmy nie obfitowało w szlacheckie korzenie, ogromnie pragnęła zrodzić dziecko – marionetkę, by poprzez wykorzystywanie potomka, władać równoległym wymiarem. Dlatego właśnie obmyśliła perfidny plan…

Wpierw uwiodła najpiękniejszego Ziemianina, takiego o jakim marzy każda przedstawicielka płci pięknej. Gdy wiedziała już, że pod jej sercem rośnie dziewczynka, wszczepiła płodowi moc kwintesencji, dodając mu tym atrakcyjności. Kilka miesięcy po porodzie odwiedziła miejsce zamieszkania Escanorów, oferując maciupeńkiego człowieczka w zamian za dokument potwierdzający przyszły akt zaślubin.

Władające światem małżeństwo, nie interesowała Ziemianka plebskiego pochodzenia, ale wyraziło chęć obejrzenia niemowlaka. Obu równocześnie poraziła uroda nazwanej imieniem, oznaczającym „dar bogów”, Dorotei. Nie mogli wyjść z podziwu, tymczasem Nerissa zacierała już ręce, słysząc zachwyty oblegające obdarzony: „włoskami czarnymi niczym pochmurna noc, krwistoczerwonymi usteczkami oraz śnieżnobiałymi licami”, owoc swojego łona. Para królewska zgodnie twierdziła, iż tak śliczna istotka godna jest zasiąść u boku pierworodnego dziedzica, lecz nie akceptowali rodowodu dziecka byłej strażniczki.

Król Zodern dokonał więc nie zmierzonego potęgą dzieła… Wypuścił dorosłego kruka, oddającym ubarwieniem kosmyki Dorotei, zaczarowawszy wcześniej zwierzę. Ptak pokonywał przestworza bez możliwości zawrotu. Szybko dopadła go tęsknota, przywoływana wspomnieniami stada, wtedy oto uronił trzy łzy, które spadając w nicość uformowały spłaszczoną kulę wody, nabierającej stopniowo rozmiarów i objętości. Wreszcie utworzyły one planetę, kształtem przypominającą elipsę.

Meridiańczyk rad ze stworzenia wspaniałości, uniósł troskliwie dzieciątko, wypowiadając następujące słowa: „Osiągnięcie przez ciebie pełnoletniości, będzie równoznacznym początkiem waszego panowania nad szóstym wymiarem. Zostaniesz Światłem, dzięki tobie Lacrimis rozkwitnie życiem. Wychowa cię natura, rozkazuję wszelkiemu zmiennokształtnemu stworzeniu sławić twę imię.

Ptactwo zabrało dziewczynkę na nowo zrodzony świat, pojawienie się na nim świeżo upieczonej księżniczki spowodowało eksplozję cudów. Zieleń pokryła lasy, wodospady trysnęły wodą, a niemalże wszystkie metry kwadratowe dzikiej krainy, wypełniły pół magiczne osobniki, szukające bezpiecznej przystani we Wszechświecie. Otoczyły rodzicielską miłością, odebrane zachłannej czarownicy maleństwo.

Dopiero dwa lata później, kierowane radą Kapłanki małżeństwo animagów, znalazło przyszłej władczyni ziemskie schronienie. Znali oni bowiem marzenia młodego tyrana, mającego niebawem terroryzować Meridian, serce rozkazało im działać. Przetransportowali, stanowiące wielkie nadzieje miliardów istnień dziecko do Heatherfield, gdzie wiedli egzystencje przed powstaniem Lacrimisu. Tam ochrzcili je „Dorinda” oraz wychowywali kolejnych piętnaście lat. Nerissa natomiast, nie zdążyła zebrać plonów zasianego ziarna, ponieważ Phobos przegrał z prawowitą następczynią tronu. Została prócz tego zakładniczką własnej chciwości, córka wiedźmy miała w pojedynkę rządzić światem.

Dworscy doradcy, usiłowali odwieźć królowe od odnajdywania skradzionej nastolatki. Czuli lęk, obalony Escanor wiedział o wciąż ważnym pakcie, zawartym między jego rodzicami oraz dawną powierniczką Serca Kondrakaru. Za rok Światło siedemnastoletniej planety osiągnie pełnoletniość, gdyby groźny mężczyzna jakimś sposobem odzyskał wolność, społeczność pięciu wymiarów mogłaby oczekiwać najgorszego. Phobos pożądał nieograniczonej potęgi, władanie jedynie tworem zamordowanego króla Zoderna, nie spełniała ambicji osobnika, on zamierzał zostać panem kompletu wymiarów. Traktat zapewniał mężczyźnie zyskanie znacznej części mocy w momencie poślubienia księżniczki, to wystarczy aby resztę odebrać żonie siłą.

Królowa uwzględniała oczywiście powyższy scenariusz, jednak była święcie przekonana, iż koniec szykowanej operacji znajdzie finał na długo przed osiemnastymi urodzinami Dorindy. Brat Elyon ciągle pozostawałby tak jakby bezbronny, a zaraz po wybadaniu „tajnego asa” Meridiańczyka, dołączony do wzmocnienia sił sześciu Świateł planet. Dwudziestojednolatek  miałby być oczywiście otoczony szczelnym nadzorem. Kiedy wspólnie unicestwią Lorenwer, czarna róża „wyssie” ze złego księcia i tą nieznaną jeszcze moc.

Pierwsza dziedziczka Esanorów nagle się ocknęła, popatrzyła odrobinę rozmarzona po czwórce licealistek. Zapomniała widocznie o bożym świecie oraz tym, że jej ziemskie przyjaciółki oczekują powrotu prawdopodobnie nowej powierniczki Serca Kondrakaru z Nieskończonego Miasta.

- Widzi… pani… – Kierując słowa do Kapłanki, Irma zupełnie poczerwieniała. – My tyle czasu nie mamy.

- Słucham? – Wcięła jasnowłosa podpora Meridianu, nie znająca tematu toczonej dyskusji.

Zauważywszy jaskrawo różowy kryształ, przypomniała sobie cel wizyty paczki czarodziejek. No tak – musiały przekazać Serce biednej księżniczce Lacrimisu, tłumacząc na czym polega łączenie strażniczek. Kolejna ciężka fucha. Chociaż Yan Lin zawsze wykazywała gotowość podratowania dziewcząt, to im samym powierzono zadanie postawienia pierwszego kroku. Każda zadawała sobie pytanie, czy nieznajoma wyrazi chęć wysłuchania tego, co planują zakomunikować. Pomijając jak właściwie przyjmie newsa, iż przydzielono jej zadanie strzeżenia magicznej sieci portali.

Piasek klepsydry niemalże całkiem się przeważył, wewnątrz komnaty panowała głucha cisza, zagęszczająca atmosferę. Panna Liar stroiła miny, Tarenae badała wzrokiem doskonale znane pomieszczenie, Hay Lin tłamsiła palcami przedmiot umożliwiający nastolatką przemianę, Cornelia natomiast objęła czule osobę, przy której dorastała. Elyon oddychała ciężej niż zwykle, błądząc pełnymi obaw myślami.

- Głowa do góry złociutka, wszystko będzie dobrze. Dorinda da sobie radę z Phobosem. – Rzekła długowłosa blondynka przejętym głosem.

- Jest tak blisko, już słyszę myśli tej kobiety… Są przerażające, musiałam podjąć ostateczne kroki… – Wyjaśniając, młoda następczyni kroku próbowała powstrzymać szloch.

- Ej, przecież popieram każdą twoją decyzję. Dałam ci swoje błogosławieństwo. – Starsza córka państwa Hale gładziła lśniące włosy niższej dziesięć centymetrów dziewczyny.

Wtem niebieskooka szatynka zakłóciła wymianę zdań przyjaciółek ostentacyjnym ziewnięciem, za co oberwała mroźnym spojrzeniem pewnej pary oczu.

- Powinniście to zobaczyć…

Uwaga wszystkich spoczęła na zaabsorbowanej Azjatce, trzymającej tuż przed swym nosem źródło energii własnej oraz pozostałej części strażniczek. Siedemnastolatki otoczyły ukochaną Eryka, i dostrzegły wizerunek królewskich wysłanników, zmierzających wraz z Dorindą ku komnacie odwiedzin. Wstrzymały powietrze.

- Oho, zaczyna się. – Westchnięcie dawnej władczyni wody podziałało niczym zaklęcie, ponieważ ułamek sekundy później otworzono drzwi pałacowej sali…

Opublikowano odcinki | Otagowano , , , , , , | 26 komentarzy

odcinek 1 – Łzy Kondrakaru

Na początek chcę Was przeprosić, że rozdział jest tak długi… Po jego przeczytaniu będziecie mieli w głowach zarys tej historii, nie napisałam czegoś przypominającego „makig off”, dlatego mogliście się poczuć ciutkę zdezorientowani. Chciałam zamieścić teraz jak najwięcej informacji, czego nie zrobiłam w prologu. Muszę jednak przyznać, iż bardzo się z nim męczyłam, zdecydowanie łatwiej wychodzi mi tworzenie krótszych notek. :-D

Dziękuję wszystkim za komentarze, w sumie to nie spodziewałam się żadnych odpowiedzi… :-D Jest mi bardzo miło z tego powodu. Błękitna – faktycznie popełniłam błąd rzeczowy, chciałam napisać „gwiezdnych wojen”, a wstukałam „Star trek’a”. :-D Dziękuję za jego wychwycenie, gdyby nie Ty, prawdopodobnie tak bym to zostawiła.

P.S – dodałam również opisy części postaci. Przed zagłębieniem się w pierwszym rozdziale, polecam sprawdzenie co zawiera zakładka „Bohaterowie”. Wtedy zrozumienie go nie sprawi Wam kłopotu.

Pozdrawiam oraz życzę udanego, nadchodzącego miesiąca. :* ;-)

________________________________________________________________

Miesiąc wcześniej…

To samo upiorne miejsce. Ci sami żałobnicy ocierający jedną dłonią spuchnięte od nieustającego szlochu oczy, a w drugiej trzymający lilię, by pod koniec ceremonii wrzucić ją do grobu. nim zakopią na wieczność trumnę tragicznie zmarłej nastolatki. „Nie – ona nie zmarła, przecież wciąż jest wśród nas!” – wykrzykiwał duch zrozpaczonej dziewczyny. Z uporem maniaka odganiał makabryczne wspomnienie mordowanej przyjaciółki. Pełna wściekłości, wynikającej ze zwykłej bezsilności, krzyczała niemo choć wydawało jej się, że rozdziera piskiem struny głosowe. Tylko on jeszcze pozostał, ponieważ czekoladowe oczy brązowowłosej zdążyły wypłakać caluśką wilgoć. Część serca strażniczki obumarła wraz z odejściem Will… Nic już nie będzie takie samo.

Rodzina Vandom otoczyła szczelnie na pół przytomną Susan, po tym jak upadła przed trumną córki. Nie potrafiła dłużej powstrzymywać maltretującego wnętrze cierpienia. Zapragnęła zostać pogrzebana żywcem obok swego jedynego dziecka. Istnienie kobiety dwa dni temu utraciło sens. Zawyła bólem tak głośno, iż Kapłan przerwał odmawianie modlitwy. Staruszka, w której Irma rozpoznała babcie powierniczki Serca Kondrakaru, usiłowała podnieść zdruzgotaną rozwódkę, lecz ta wykonywała uniki.

- ZOSTAWCIE MNIE! – Dała upust nagromadzonej furii. – CO WYŚCIE ZROBILI MOJEJ CÓRECZCE?!? ODDAJCIE MI JĄ!!!

Wszyscy uczestnicy pogrzebu wstrzymali oddech, Pastor aż pobladł. Władczyni wody nie miała najmniejszego pojęcia ile czasu upłynęło, zdążyła dojrzeć dwóch postawnych typków, prowadzących dokądś pogrążoną w szale kobietę, a następnie utraciła kontakt ze świadomością.

- Nieee!!!

Okrzyk panny Liar wyrwał z drzemki pozostałe trzy eks – czarodziejki. Usnęły podczas oglądania jakiegoś durnego, zagranicznego melodramatu. Cóż, zmęczenie wzięło nad nimi górę.

- Irma?! Spokojnie, to był tylko zły sen… – Taranee przetarła sklejone powieki, założyła na nos okulary i wreszcie przytuliła zlęknioną dziewczynę.

- Co?! Niemożliwe. – Zaprzeczyła niegdysiejsza strażniczka. Popatrzyła przy tym po rozbudzonych przyjaciółkach. – Poważnie? Znów miałam koszmar? – Spytała zrezygnowana.

- Twierdziłaś, że dawno ustały! – Oburzyła się Cornelia, zakładając ręce. Czuła złość do samej siebie, gdyż zbyt łatwo dała wiarę zapewnieniom Irmy. – Czyli zaprzestałaś wizyt u terapeuty?

- Po pierwsze – ok, nie zniknęły zupełnie, ale nawiedzają mnie rzadziej, po drugie – tylko świry potrzebują stałej kontroli psycho – coś tam i po trzecie – ta naburmuszona mina cię postarza! – Parsknęła córka policjanta.

- Kogo ty próbujesz nabrać?! – Wybuchnęła niebieskooka blondynka. – Sądzisz, że jeśli zaczniesz zgrywać wyluzowaną problem pryśnie jak bańka mydlana? Spójrz prawdzie w oczy!

- Nawet nie zaczynajcie! – Hey Lin dla bezpieczeństwa usiadła pomiędzy naburmuszonymi przyjaciółkami. – Spotkałyśmy się tu, aby coś ustalić, nie drzyjmy ze sobą kotów – za tonowała Azjatka.

Czwórka siedemnastolatek urządziła wspólne nocowanie pod dachem państwa Lin w celu przedyskutowania prośby Wyroczni.

- Och, ustaliłyśmy przecież. – Rzuciła panna Liar bezbarwnym tonem. – Nie odpowiemy na ich wezwanie, bo nie strzeżemy już sieci.

- Przestań decydować za nas wszystkie! – Wycedziła siostra Serca Ziemi, zamykając usta przyjaciółce. – Twój sprzeciw nie oznacza naszego.

- Może chcą nam uroczyście podziękować? Całkiem sporo zrobiłyśmy dla Wszechświata. – Podsunęła nieśmiało Taranee Cook.

- Żartujesz, prawda? – Spojrzenie Irmy wyrażało kpinę.

- Lepiej byśmy utrzymywały z Kondrakarem przyjazne stosunki. – Stwierdziła dziewczyna, której dawniej podporządkowany był żywioł powietrza. – Gdy odmówimy przybycia poczują się urażeni.

- No co ty nie powiesz?! Mam w głębokim poszanowaniu jak banda posrańców to odbierze, są mi bardziej obojętni niż zeszłoroczny śnieg! – Jasna szatynka poderwała się żwawo z kanapy.

Afro amerykanka również rozprostowała dolne kończyny, przystępując do ataku:

- Zrozum wreszcie, że Wyrocznia nie pozbawiła Will życia!

Hay Lin oraz Cornelia wzdrygnęły się, zapadła między nimi głucha cisza, którą dopiero po minucie przerwała rozgoryczona Irma:

- Ale nie zrobiła nic, żeby zapobiec morderstwu!!! Pozwolili jej oddać kryształ choć zwiała groźna psychopatka, nigdy im tego nie wybaczę! – Niesforna dziewczyna biegiem opuściła pomieszczenie.

Starsza pociecha państwa Hale, chciała ją zatrzymać jednak zrezygnowała widząc znaczący gest Taranee. „Racja, wpierw musi ochłonąć” – pomyślała długowłosa. Zamiast działać zatopiła wzrok w puchatym dywanie.

Minęło pół roku od śmierci powierniczki Serca Kondrakaru, a żadna spośród czwórki przyjaciółek nie pogodziła się z nią do tej pory. Każda jedynie na inny sposób przeżywała stratę przywódczyni… Irmę praktycznie każdej nocy dręczyły koszmary. Cronnelia wyjechała, aby odzyskać psychiczną równowagę. Tyle, że pobyt u dalekiej ciotki nie uleczył jej zachwiania. Taranee dzień w dzień odwiedzała opuszczone mieszkanie matki Will. Nie znajdywało ono nowego właściciela, gdyż Susan niedługo po śmierci córki, popełniła w nim samobójstwo. Ciemnoskórej dziewczynie pocieszenie przynosiły wspomnienia, które opustoszałe cztery ściany przywoływały. Za to Hay Lin bez reszty oddała się szkicowaniu. Owa czynność odcinała obiecującą artystkę od bólu, nie rozdrapywała wtedy ran tęsknoty, połączonej z uczuciem pustki. Szkoła dziewcząt oraz całe Heatherfield zostało rzecz jasna wprowadzone w błąd. Już łatwiej wmówić mieszkańcom Ziemi, że ktoś został trafiony piorunem niżeli złowrogim zaklęciem. Ciało denatki wyglądało zresztą jakby rudowłosa padła ofiarą wyładowań atmosferycznych. Jedynie Susan Vandom orzeczenie lekarza sądowego wydało się być absurdalne, nie przyjmowała go do wiadomości. Szał prędko zawładnął kobietą, Deana – ukochanego rozwódki – przerosła trudna sytuacja, uciekł za granicę pozostawiając trzydziestosiedmiolatkę zupełnie samą. Ta, przytłoczona okrutną rzeczywistością, głęboko zdesperowana, odebrała sobie życie poprzez powieszenie.

Podjęcie ostatecznej decyzji zajęło licealistką długie dwie nocne godziny. Dochodziła trzecia nad ranem, gdy Irma została końcem końców przegłosowana za sprawą trójki przyjaciółek, które wyraziły chęć złożenia Kondrakarowi wizyty. Drobna szatynka westchnęła ciężko, wyglądając przez niewielkie okno. Para przydrożnych lamp rozpraszała ciemność, porywisty wiatr toczył środkiem chodnika plastikową reklamówkę. Myśli dorastających osobniczek krążyły bez wyjątku nad powodem, dla którego Himerish postanowił je zaniepokoić po tak długim czasie. Miały dowiedzieć się tego bowiem już następnego dnia.

 

***

 

Costos szczerze nienawidził tej pracy. Dlaczego nie mógł zostać wartownikiem, albo członkiem królewskiej gwardii? Choć to drugie byłoby raczej zbyt wielkim wyróżnieniem dla niego. Zamiast obejmować spokojną posadę, tkwi w miejscu, gdzie jest opluwany, wyszydzany, a niebezpieczne zbiry grożą mu śmiercią. Niestety – rodzina Costosa od pokoleń zajmuje się więzienną posługą. Krocząc przez jaskinię Nieskończonego Miasta wraz z Vathkiem oraz młodym mężczyzną, którego imienia nie pamiętał, zaklinał swój nędzny los.

Wszyscy troje ciągnęli wózki obładowane po brzegi jedzeniem. Metalowe półmiski do połowy wypełnione zielonkawą breją, stanowiącą typowe śniadanie tutejszych więźniów, stały równymi rzędami. Na nic lepszego nie zasługiwali i niczego smaczniejszego oczekiwać nie mogli. Każdego poranka uszy dwumetrowego Meridiańczyka, przepełniały wrzaski niezadowolonych stworów. Wysłuchiwanie ich uważał za nieodłączną część obowiązków.

Wtem zastali charakterystyczne rozgałęzienie dróżek. Byli pod pierwszą kontegnacją zakładu karnego, w tym punkcie należało się rozdzielić.

- Vathku, przydzielam ci dzisiaj górny poziom, ja zajmę wschodni blok. Tobie pozostaje zachodni. – Wydał polecenie, przy czym ostatnie zdanie skierował do człowieka.

Szatyn o włosach sięgających ramion, przytupywał nerwowo, mierzwiąc opuszkami palców nie zbyt starannie ułożoną fryzurę.

- Zwykle otrzymywałem ten obszerniejszy, chciałbym by i teraz tak było. – Obwieścił, przykuwając uwagę dwóch strażników oraz zmożoną czujność sprawującego funkcję oddziałowego, Costosa.

Stwór ogarnął podejrzliwym spojrzeniem niskiego towarzysza, mrucząc pod nosem stłumione przekleństwo. Czasem podwładni próbowali nim dyrygować, ale Meridiańczyk doskonale znał posiadane kompetencje. Nie pozwoli by jakiś młokos, dodatkowo szemrany, rozstawiał przełożonych po kątach. Podstępy zresztą wyczuwał na kilometr, ów smarkacz wyraźnie coś knuł.

- Nie widzę potrzeby. Powiedzmy, że masz u mnie przysługę, a kolejnym razem ty się więcej nachodzisz. – Gdyby uprzejmość nie stanowiła fundamentalnej cechy charakteru strażnika, potraktowałby bezczelnego gówniarza jak należało.

Nagle ni stąd, ni zowąd, przystojny młodzieniec wybuchnął głębokim, donośnym rechotem. Słudzy królowej osłupieli, wytrzeszczając gigantyczne oczy.

- Posłuchaj uważnie kretynie, bo nie zamierzam powtarzać! – Syknął jadowicie szatyn.

Sekundę później machnął Costosowi tuż przed nosem, wydzielającą energię dłonią. Jaskrawe światło zahipnotyzowało strażnika, napastnik uformował z wiązki mocy kulę, następnie oszołomił nią uciekającego już, niebieskiego olbrzyma, wymazując równocześnie część jego pamięci.

- Rób to co mówię, inaczej zmuszony będę nakarmić twym odrażającym cielskiem jaszczurowatego zdrajcę. – Kąciki ust dwudziestolatka uformowały sadystyczny uśmiech. – Zabieraj grubego kumpelka i ruszajcie do roboty!

Chwilowo „odmóżdżony” Meridiańczyk skinął bezwiednie głową, podniósł ważącego pół tony Vathka, a zaraz oboje ruszyli w przeciwnym szatynowi kierunku, który rzucił jeszcze za nimi:

- Tylko nie leźć mi przy głupowato! – Dwójka stworów machinalnie przybrała prostą postawę, uważali również by nie plątać przypadkiem nóg.

Tajemniczy osobnik dumnie prezentował idealnie wyrzeźbioną sylwetkę. Poprawił przydługi płaszcz, czuł się niczym młody bóg. Pewnie inni tak właśnie go postrzegali, ale to siła – nie wygląd fizyczny, dodawała mu pewności siebie. Maszerował na spotkanie ze swym panem, kimś, kogo zawsze podziwiał… Przekazywanie informacji przestępcy było pikusiem. Zrobił by dla niego bardzo wiele, dużo więcej, gdyby tylko skinął palcem.

 

Ubiegłej nocy książę Escanor nie zmrużył oka. Zachowanie klejnotu skutecznie spędzało sen z powiek, skłaniając dawnego władcę do poważnych rozmyśleń. Cenny przedmiot, będący kiedyś ozdobą korony Phobosa, sugerowało krótkofalowym migotaniem osiągniętą gotowość. Długo wyczekiwał tego jakże istotnego znaku, dzięki stopniowemu oswajaniu kryształu z magią stał się on pożyteczny. Prawdopodobnie kluczowy przy ocaleniu resztek mocy, uciekającej minuta po minucie.

Kwiatu brakowało na prawdę nie wiele czasu, wyznaczono datę końcowego rozwinięcia czarnej róży. Księżycowe zaklęcie związywało potęgę mężczyzny coraz szczelniejszą klamrą. Jedyne co podczas trwania obezwładniającego procesu mógł robić, było obserwowanie jak czarna róża – identyczna w jakiej wnętrzu planował uwięzić zwiędłą duszę siostry, żywi się nim.

Elyon została przyparta do muru, wydarzenia sprzed dwóch lat, a dokładniej ucieczka przebiegłego oraz nieobliczalnego Escanora sprawiła, że królowa poczuła presję całkowitego odebrania Phobosowi nienamacalnej broni. Lód obawiał się zagrożenia, mimo iż sam więzień nie przechwyciłby panowania, wykorzystując moc zawsze zdołałby zwerbować mroczne legiony… Kondrakar podsunął Jasności Meridianu propozycję zastosowania księżycowego zaklęcia – pradawnego czaru, polegającego na przelaniu wszystkich magicznych sił jednej istoty, na drugą, ale już nie ludzką. Po upływie dwudziestej pierwszej pełni, liczbie odpowiadającej obecnemu wiekowi księcia, w ciele Phobosa Escanora nie pozostanie choćby zalążek meridiańskiego dziedzictwa.

Ciemna odmiana przepięknego kwiatu, świadczyła o osobistym aspekcie przedsięwzięcia. Młoda następczyni tronu szukała podświadomie zemsty, no i znalazła odpowiednio dotkliwą. Sama myśl, że dziewczyna dokonała rewanżu, napełniała czarne serce księcia wściekłością. Negatywną emocję wzmacniało nowe doznanie bezradności, razem tworzyli mieszankę wybuchową.

Teraz jednak obmyślanie tortur, którymi uświadczy młodszą siostrę ustąpiło miejsca próbą zachowania znikomej cząstki energii. Dobrym rozwiązaniem byłaby jego pieczęć, aczkolwiek jest przecież w stanie stworzyć coś doskonalszego, coś co będzie wchłaniać, lecz nigdy nie zostanie wchłonięte. Dotknął klejnotu przypominającego kształtem łzę, położył maleńką rzecz przed sobą, po czym usiadł skrzyżnie. Nawet jeśli medytacja nie stanowi najszybszego sposobu ratowania mocy, przynosiła przynajmniej błogie odprężenie. Mężczyzna wyłączał wtedy zagłuszające skupienie myśli, usiłował uchwycić umysłem skrawek otaczającej go aury, a następnie kierował niewidzialną poświatę do wnętrza królewskiego klejnotu. Owa czynność wymagała niezmierzonych pokładów cierpliwości, była mozolna, żeby jeszcze przynosiła upragnione efekty. „Czy to aby te marne, ziemskie sztuczki uczyniły Himerisha niezwyciężonym?” – zirytowany, zadał sam sobie pytanie.

Księcia rozproszyły pierwsze promienie słońca, wpadające przez szczeliny fortecy Nieskończonego Miasta. Poranek zwiastował śniadanie, czyli przybycie strażników. Od tygodnia oczekiwał szpiega, częstsze odwiedziny groziłyby zdemaskowaniem. Gorąca gwiazda wznosiła się wyżej i wyżej… „Gdzie on u licha przepadł”. Na próżno nasłuchiwał kroków. Rzucając pomruk złości, wznowił przerwane wcześniej zajęcie. Przymykał właśnie powieki, kiedy ponownie utracił koncentrację za sprawą czyjegoś chrząknięcia.

- Proszę wybaczyć mi opóźnienie, wasza miłość. – Szatyn wykonał zgrabny pół ukłon, Phobos skwitował gest człowieka machnięciem dłoni. – Wystąpiły… drobne komplikacje.

- Jakież to? – Niedowierzanie uniosło lekko w górę lewą brew Escanora, natomiast młody mężczyzna przełknął głośno ślinę.

- Bez znaczenia, trafiłem na kłopotliwego oddziałowego. Drugi też był nie lepszy. Spokojnie, ogłuszenie załatwiło sprawę.

Początkowo postawa blondyna wykazywała niewzruszenie, zaraz jednak wnętrze tyrana zawrzało.

- TY IDIOTO!!! TAK OTO OSZCZĘDZASZ ENERGIĘ?!?! – Męski wrzask rozniósł się głuchym echem po zakamarkach więzienia, wywołując przestrach donosiciela.

Osobnik ukląkł momentalnie, spuszczając bardzo nisko głowę oraz błagając całym sobą o przebaczenie. Żałował, że nie wykorzystał czegoś mniej kosztownego. Nie kompetentny sługa stanowił dla pierworodnego syna króla Zadarna i królowej Whiry wyłącznie zbędny element. Potrzebował kogoś posłusznie wykonującego rozkazy, nie odnosząc przy tym szkód. Tyle, iż do dyspozycji miał jedynie budzącego wątpliwości przybysza, który pewnej gwieździstej nocy poprzysiągł mu wierność. Dopóki jest pozbawiony armii, przebieranie w środkach to czyn wykluczony.

- Przedstaw wieści Cesarze. – Polecił Phobos, ujarzmiwszy chęć mordu. Usłyszenie świeżych wiadomości było priorytetem, a dopuszczenie by ziemski szczur uciekł w popłochu oznaczałoby przejaw głupoty.

- Przed nastaniem dzisiejszego świtu, królową odwiedziła wędrowniczka. Oczy twej siostry panie, odzwierciedlały lęk.

Dwudziestojednoletni Escanor rozważał chwilę słowa szatyna, gładząc równocześnie łagodnie zarysowany podbródek. Niebawem na ustach nieprawowitego Serca Meridianu zagościł tajemniczy uśmiech.

- Czyżby szykowały się kłopoty? – Pytanie wypowiedział z taką radością, jakby niczego mocniej nie pragnął.

 

***

 

Kilkoro siedemnastolatek zbliżało się wolno ku celowi, usadowionemu na obłokach chmur. Irma oglądała pobieżnie talizman, otwierający przejście do Kondrakaru. Spowita mgła sięgała kostek dygoczących dziewcząt.

- Że też nie trafiłyśmy na lepszą pogodę. – Jęknęła zamarzająca panna Hale, otulając szczelniej ramiona. Niska szatynka obrzuciła marudzącą przyjaciółkę krytycznym spojrzeniem. – No co?

- Cornelio, tu jest tak od śmierci Will. – Rzekła ogarnięta zadumą Taranee.

Kwartet licealistek umilkł jednocześnie, dalszą drogę pokonały zajęte własnymi myślami. Prędko ich ubrania zaczęły ociekać deszczem, padającym niezmienną intensywnością. Obywatele magicznego wymiaru traktowali wodę spadającą z góry jak zjawisko nadprzyrodzone, ponieważ to źródło nieskończenia im ją dawało. Chmury pełniły rolę podłoża tego świata, nie korony nieba.

Wyrocznia zbadała ów anomalię szczegółowo i odkryła, że Serce Kondrakaru w dość ludzki sposób objawia tęsknotę za swą zamordowaną powierniczką. Dokładnie wtedy, gdy zła czarownica zabierała duszę rudowłosej ze świata żywych, nad pałacem zawisły ciemne obłoki. Sprowadziły one wieczny deszcz. Padało już sześć miesięcy, Himerish nie odkrył jeszcze mocy, która by go powstrzymała, a Luba nadała mu określenie „łez Kondrakaru”.

Mieszkanki Heatherfield doszły pod siedzibę Wyroczni z zamiarem stukania we wrota. Nagle, te samoistnie się otworzyły, ukazując wnętrze majestatycznej budowli.

- W-O-W! – Hay Lin z trudem poruszyła praktycznie skutą lodem szczęką.

Pan Kondrakaru ubiegł przybyszki nim zdążyły przekroczyć próg.

- Witajcie! – Zawołał rozradowany.

Pozostała część Rady również nie kryła radości, widząc dawne czarodziejki. Chwilę później Tibor poczęstował wyziębione nastolatki gorącą czekoladą.

- Przejdziecie do rzeczy? Zbudowaliście wystarczające napięcie. – Parsknęła złośliwie, zniecierpliwiona Irma.

Trzy Ziemianki wywróciły oczami, wolały chyba zignorować zachowanie kapryśnej dziewczyny. Co ciekawe, Himerish skinął głową dając tym znak przyjaciołom. Rada Starszych stanęła obok jej przewodniczącego, cała szóstka objęła pogrążone lekkim dyskomfort zaistniałą sytuacją, eks – strażniczki, smutnym wzrokiem.

- Naturalnie. – Szepnął właściciel pałacu Serca Nieskończoności, zaczerpnąwszy wpierw głębiej powietrza. – Potrzebujemy waszej pomocy, Wszechświatowi znów zagraża niebezpieczeństwo. – Wyjawił łamiącym głosem.

 

Wreszcie wszystko pojaśniało. Szok, wielkie niedowierzanie, próby zaprzeczenia rzeczywistości… Bardziej rozmaicie należałoby opisać reakcję czwórki przyjaciółek, zwalczających niegdyś siły zła, ale obszerną ilość odczuć siedemnastolatek, łatwo można sobie wyobrazić. Nastało nieuniknione. Taranee Cook, Cornelia Hale oraz Hay Lin wpatrywały się, pełne niekłamanego przerażenia w obraz Lorenwer, odmalowany na tafli wody zwierciadła widzeń. Wiedźmy, która bez skrupułów zamordowała ich najukochańszą przyjaciółkę. Od początku było wiadome, iż licealistką przyjdzie zmierzyć się z władającą potężną mocą, pozornie piękną kobietą. Jednak pogrążone żałobą spychały wizję ponownego przywdziania stroi strażniczek na trzeci plan. Kondrakar dał Ziemianką czas by doszły do siebie, Chociaż nadal nie odzyskały pełnej gotowości, czekać dłużej nie mógł.

Lorenwer zbierała szyki, światy potrzebowały niezłomnej obrony, kiedy najpotworniejsza spośród pocztu czarownic, szykowała potężny atak. Dawne czarodziejki znały biografię tejże istoty, wiedziały do jakich czynów jest zdolna i oczywiście darzyły ją szczerą nienawiścią. Mimo, iż nie wyobrażały sobie magii bez Will, pragnęły własnoręcznie pomścić śmierć powierniczki. Sprzeczności toczyły bój wewnątrz dziewcząt.

Jedynie Irma nie zamierzała się nad tym rozwodzić, wściekła, przecięła powierzchnię zwierciadła znalezionym gdzieś kamykiem, pod którego wpływem wizerunek złowieszczej blondynki uległ rozproszeniu.

- Po utracie Cassidy, ja również wzbraniałam się przed dalszym strzeżeniem sieci. Odejście przyjaciółki odebrało mi całą radość płynącą z posiadania magii. – Halinor okazywała mnóstwo empatii nowemu pokoleniu czarodziejek, jak Yan Lin stanowiła podporę czwórki siedemnastolatek.

- Nabierająca realnych wymiarów siła Lorenwer popchnęła nas do natychmiastowego działania. – Wtrącił siwobrody Althor.

- Darujcie sobie, nie ma opcji byśmy drugi raz w to weszły! Mówiłam wam, że przychodzenie tu będzie durnym pomysłem. – Zaprotestowała panna Liar, targana potrzebą odegrania przywódczyni.

Przyjaciółki zapewne najchętniej ukatrupiłyby Irmę, spojrzenia uczennic szkoły średniej mówiły bowiem same za siebie.

- Błagamy o pomoc. – Zamiast przedstawić wybranym przez niego trzy lata temu do obalenia złego księcia Ziemianką, morza argumentów, Wyrocznia zaufał prostym słowom.

Himerischowi bardzo na nich zależało. Tak bardzo, że nie przemknęło mu nawet przez myśl, aby powoływać nowe strażniczki.

- Litości! Wyrosłyśmy już ze skrzydełek i kiczowatych rajstop! Przekażcie atuty super bohaterek kolejnym, durnym czternastolatką, będą wniebowzięte. – Szatynka wykrzywiła twarz, ilustrując odrazę.

Szala opanowania Cornelii, właśnie się przelała. Wykonała spory sus, dopadając radiową prezenterkę, po czym potrząsnęła ją kilkakrotnie.

- Co z tobą?! Zróbmy to dla Will, zapalczywością daleko nie zajedziesz! – Blondynka ostatnimi czasy uległa znaczącej przemianie, tragedia potrafi wyostrzyć punkt widzenia. Dostrzegała teraz więcej niż czubek swego nosa.

- Oo, czyżby komuś brakowało gwiazdorzenia? Dlaczego mnie nie dziwi, że akurat wielmożnej Cornii? – Oczy obu cisnęły gromy, natomiast gardła wydobywały warkot.

Dwie nieco pominięte siedemnastolatki postanowiły zawczasu wyrazić swoje zdanie:

- Bez potworów i dziwolągów jest nudno, czemu by znów ich nie podręczyć? – Wcześniej Afro amerykanka uciekała gdzie pieprz rośnie, widząc ogromne pająki, pełzające larwy, czy też paskudne olbrzymy. Żywioł ognia dawał dziewczynie odwagę, z każdym starciem przezwyciężała lęk, aż ten całkiem ją opuścił. Odwaga Taranee przestała budzić już ogromne zdumienie otoczenia.

- CZEMU? TY SIĘ PYTASZ CZEMU?!? – Zatrąbiła posiadaczka charyzmatycznej barwy głosu.

Ciemnoskóra Ziemianka zaczęła coś tłumaczyć, jednak prędko została zagłuszona przez wnuczkę poprzedniej strażniczki powietrza:

- Emerytura mi nie służy. Nie wiem jak wy, ale ja uważam, że zbyt wcześnie abdykowałyśmy. Chociaż zapanował pokój, należało zachować moce choćby ze względu na nasz młody wiek.

- Eh, poważnie chcesz rozgrzebywać przeszłość?! Wiecie co? Mam was serdecznie dosyć, od teraz radźcie sobie same! – Irma wykonała dynamiczny obrót, zmierzając zaraz w kierunku mosiężnych wrót.

- Chwileczkę Wyrocznio. – Na twarzy jasnowłosej zagościły rumieńce. Urodziwa dziewczyna wyprzedziła temperamentną przyjaciółkę, znowu ją powstrzymując. Panna Liar miotała się wszystkimi siłami, rzucając podczas tego wyszukane przekleństwa, a ona i tak mówiła dalej: – Skopiemy wiedźmie tyłek, nie pozwolimy przecież, by bezkarnie krzywdziła niewinne istoty.

Wszyscy osłupieli, gdy niebieskooka zasłoniła usta ukochanej Marthina. Rada Starszych tuszowała zakłopotanie odrobinę krzywymi uśmiechami. Wtenczas bystra królowa ognia zdążyła coś wydedukować.

- Zaraz, jest nas czwórka. Kryształ przejmie DRUGA w kolei strażniczka?!

- NIEE!!! – Krzyki trójki licealistek wypełniły pałac Serca Nieskończenia.

- Oszalałyście? Niczego nie przejmę. – Oświadczyła naburmuszona Irma.

Wyrocznia westchnął ciężko. Świadomość gwałtownej reakcji dziewcząt, zwłaszcza dawnej władczyni wody, powstrzymywała go przed obwieszczeniem najważniejszego. Widząc jednak rozwój wydarzeń, odnalazł wystarczająco odwagi.

- Nie powtórzymy sytuacji sprzed lat. – Rozwiał przypuszczenia gości. – Stąpa po Ziemi ktoś, na kogo moc kwintesencji została przelana w chwili poczęcia. – Wypowiedziawszy szokujące zdanie, dotknął koniuszkiem palca wskazującego tafli zwierciadła, które za jego sprawą ukazało porażonym nowiną przyjaciółką, śliczną, uśmiechniętą nastolatkę.

- HAHAHAHA, dobry kawał, prawie uwierzyłam. – Wypaliła szatynka, lecz dostrzegając zaciśnięte usta mieszkańców Kondrakaru, szybko pobladła.

- Dorinda Sparks, a raczej Dorotea, nie ma pojęcia o swym dziedzictwie, jest waszą rówieśniczką z życiem ciut odbiegającym od normalności. – Ciągnął Himerish. – Gdy Meridianem władał Phobos, dziewczyna ta musiała przebywać pod ochronną otoczką niewiedzy. Dla bezpieczeństwa, Serce Kondrakaru powędrowało ostatecznie do Will.

Trudno określić dokładnie, co mocniej spoliczkowało dawne czarodziejki – zatajana przed nimi prawda, czy myśl, iż rudowłosa Vandom była jedynie zastępstwem „prawowitej” strażniczki. Fakty przekraczały najśmielsze wyobrażenia osobniczek, które dręczyło multum pytań. Pierwsze, czego łatwo można się domyślić, zadała nie znająca hamulców Irma:

- Usiłujesz przekonać nas, że urodziła ją legendarna smoczyca? – Zakpiła Wyroczni prosto w twarz. – I jakiego cholera bezpieczeństwa? Istnieje unikatowy poczet ściganych przez nawiedzonego tyrana królewien?

- Błyskotliwa z ciebie Ziemianka. – Himerish skomplementował ujadającego zaciekle gościa. – Dorindy nie wydała na świat stworzycielka energii. Dar ten przekazała kobieta imieniem… – Urwał nagle, jak gdyby kropka nad „i” oznaczała wyrok.

Siedemnastolatki stały blisko siebie sparaliżowane napięciem, piorunując spojrzeniem gospodarza pałacu Serca Nieskończoności.

- Śmiało, to nie zaboli Wyroczni. – Kolejne mało przystające sformułowanie opuściło usta Irmy, zarabiającej właśnie kuksańca od Taranee.

- Ale was owszem, ponieważ jej matką jest Nerissa.

Fala potężnego przerażającego zalewająca umysły licealistek z siłą równą uderzeniu młota pneumatycznego, mdlejąca Cornelia oraz pytanie niebieskookiej blondynki pozostawione bez odpowiedzi: „Caleb ma rodzeństwo?”. Trio dawnych strażniczek, w tym Halinor, przywróciło przytomność siostrze Serca Ziemi solami trzeźwiącymi. Kiedy partnerka meridiańskiego buntownika rozpostarła powieki, zastała widok obrzucającej niezliczonymi wyrzutami Radę Starszych, pannę Liar.

- Trzeba być skończonym idiotą, aby obładowywać ciężarem władzy dziecko kogoś, komu zaślepiła kompletnie mózgownicę! Rozpętujecie piekło, sprowadzając na własne życzenie drugą pragnącą zawładnąć Wszechświatem próżniaczkę! Ja umywam ręce!

- Coś ciekawego mnie ominęło? – Spytała jasnowłosa pochyloną ku niej Azjatkę.

- Wyszło, że sios… – Tu Hay Lin przygryzła dolną wargę. – Ta dziewczyna ma zostać panią pewnej dzikiej planety, więc nawet bez Serca Kondrakaru włada potężną mocą.

- Co?!? – Skrywająca nutkę egoizmu siedemnastolatka, najchętniej zapadła by w niedźwiedzi sen. Ostre dźwięki wzmagały atak migreny przyjaciółki Elyon.

Nareszcie do akcji wkroczył Tibor, przerywając wymianę zdań, mającą coraz mniej harmonijny przebieg.

- Serce samo ją wybrało, spójrzcie tylko. – Wewnątrz magicznego medalionu pojawiła się miniaturowa Dorinda, pakująca piłkę do siatki, a następnie wskakująca z rozpierającą euforią na plecy koleżanki. – Tak już od dłuższego czasu. – Po westchnięciu  można była odgadnąć, iż dawna własność Will otwarcie wykazuje pragnienie, dostania się w posiadanie nowej Powierniczki.

- To dziewczyna czy chłopak? – Rzuciła zniesmaczona Cornelia. Ubłocona odzież wywoływała awersję u elegantki.

- Chyba widzisz! – Parsknęła posiadaczka dużych, zielonkawych oczu oraz krótkich, jasno brązowych kosmyków. – Przypomina kroplę astralną Nerissy, są identyczne! Włosy, kości policzkowe…

- Przesadzasz, ja nie dostrzegam sporego podobieństwa. – Stwierdziła ciemnoskóra eks – strażniczka.

Tymczasem wnuczka członkini zgromadzenia Kondrakaru pobladła niczym ściana, a jej źrenice przybierały rozmiary spodków.

- Nie przeżyję tego. – Jęknęła. – Będziemy nazywać się D.I… – Trzy nastolatki momentalnie zasłoniły usta dziewczyny.

- Jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, o której musicie wiedzieć… – Rozpoczął Himerish, nie otrzymał jednak możliwości by dokończyć, gdyż ktoś wyręczył Pana Kondrakaru.

Dokładnie wtedy, królowa Meridianu zaszczyciła swą osobą siedzibę Wyroczni, teleportując się do niej niespodziewanie.

- Mój świat również potrzebuje pomocy księżniczki. – Wyszeptało światło bajkowego wymiaru.

Opublikowano odcinki | Otagowano , , , , , , | 19 komentarzy

PROLOG

Witajcie!

Przedstawiam Wam prolog tworzonego przeze mnie opowiadania, choć pewnie nikt nie będzie tego czytał i piszę dla samej siebie… Nie przejmuję się tym zupełnie, gdyż uwielbiam puszczać wodzę wyobraźni, wymyślając różne niestworzone historie. :-D Poza tym „Nowy początek…” ma mi pomóc w napisaniu czegoś autorskiego, dlatego właśnie oddaję je publicznej ocenie.

Zakładam, że nieliczni pamiętają jeszcze przygody czarodziejek W.I.T.C.H, ja osobiście czuję do nich sentyment, ponieważ przypominają mi czasy dzieciństwa. Mam nadzieję, że przed czytaniem nie odstrasza Was fakt, że ta zmyślona historia jest właśnie o nich, obiecuję postarać się aby było ciekawie. ;-)

To już tyle z mojej strony, nie zamęczam dłużej wstępem.

Pozdrawiam oraz zachęcam gorąco do komentowania! :-)

 * * *

Rozpacz i wszechogarniająca pustka – to właśnie odczuwała młodziutka dziewczyna o kruczoczarnych włosach, śnieżnobiałej skórze oraz przenikliwych niczym stal oczach posiadających wszystkie odcienie błękitu. Niektórzy uważali je za zielone, jeszcze inni dostrzegali w nich domieszkę szarości. Jednak dla siedemnastoletniej Dorindy były po prostu niebieskie. Urodzona chłopczyca nie znosiła wysłuchiwania niekończących się komplementów pełnych zachwytu ludzi, dotyczących jej niebywałej urody. Zamiast zapierającego dech w piersiach piękna wolałaby otrzymać od Stworzyciela lepszą zwinność i spryt. Teraz bowiem żaden z fizycznych atutów Dorindy nie zdoła ją stąd wydostać…

Gdy dziwny odór wypełnił nozdrza dziewczyny, odruchowo zakryła narząd węchu prawą dłonią. Przyprawiający o ciarki zakątek malował się coraz potworniej, ściany jaskini ociekały ochydnym śluzem, co nie umknęło uwadze zniesmaczonej brunetki. Zimno również dało o sobie poznać wywołując widoczne dreszcze na odsłoniętych ramionach siedemnastolatki.

- Już nie daleko księżniczko – odezwał się jeden spośród korowodu strażników, kroczących tuż za urodziwą osobniczką.

Dorinda nie rozumiała dlaczego tak ją nazywają i szczerze powiedziawszy nie podobało jej się to ani trochę, ale obawa przed utratą życia wiązała dziewczynie usta, na których próbował zawitać jęk protestu. Wyglądało jakby wędrówka nie miała końca, nogi zaczynały powoli odmawiać Dorindzie posłuszeństwa, maszerowali dobre dwie godziny, może nawet więcej. Telefon licealistki dawno padł, przestała orientować się ile czasu minęło od jej porwania. Uprowadzenia. „Rodzice na pewno zawiadomili policję, wszyscy już mnie szukają i wreszcie odnajdą!” – Tak oto dodawała sobie otuchy.

Zmierzając w nieznane z podejrzanymi typami, rozpamiętywała tamten wieczór. Trenowała późną porą, kiedy powietrze przecięła jasna niczym milion gwiazd poświata, która później okazała się być otchłanią. Zdumiona do granic możliwości, przerwała pakowanie piłki w siatkę po czym podeszła bliżej niewytłumaczalnego zjawiska, a wtedy czyjeś wielgachne ręce najzwyczajniej wciągnęły Dorindę do wnętrza otchłani. Na szkolnym boisku była zupełnie sama. Krajobraz pięknej krainy nie ucieszył przerażonych oczu dziewczyny, chciała zawrócić, uciec stamtąd, lecz nie było jej to dane. Mały, zielony stwór zamknął otchłań nim zdążyła przez nią przebiec, została uwięziona…

Następne, również nieznające racjonalnego wytłumaczenia wydarzenia, toczyły się zbyt szybko by Dorinda mogła je choć odrobinę ogarnąć. Głowę brunetki wypełniła cała gama niesfornych, nie tworzących logiczną całość myśli. Wcześniej groźnie wyglądające istoty usiłowały wmówić dziewczęciu, że jest władczynią planety, która powstała z kruczych łez. Teraz natomiast, „stróże prawa” tego delikatnie mówiąc pokręconego świata, prowadzą ją do celi, w której dożywotni wyrok odsiaduje jej ponoć niedoszły mąż. O nie – to wszystko jest zbyt nienormalne, chore wręcz. Umysł podpowiadał siedemnastolatce, iż owe doświadczenia oraz bajkowe otoczenie należy tylko i wyłącznie do grona sennych marzeń. Po wybudzeniu się surrealistyczne obrazy odejdą w zapomnienie. Lecz ciągle miała przed sobą twarz pewnego ciemnowłosego młodzieńca deklarującego, że są rodzeństwem, gdyż zrodziła ich jednakowa kobieta. Dorastająca wśród ziemian jako jedynaczka Dorinda, wykpiła nieznajomego oraz nazwała szaleńcem. „Zapomnij o nim głupia, zwykły wariat z niego!” – obrzuciła reprymendą samą sobie.

Tymczasem korytarz zamkowych lochów począł się gwałtownie zwężać. Wzrok dziewczyny przykuł punkt światła nabierającego dla odmiany pokaźnych rozmiarów, pomyślała więc, iż koniec jaskini musi być bliski. Ciałem Dorindy wstrząsnął kolejny dreszcz, tym razem nie spowodowany zimno. Wyobraźnia siedemnastolatki pracowała na najwyższych obrotach, podsuwając błękitnookiej różne makabryczne scenariusze. Może właśnie tam planują ją zgładzić? Może najpierw brutalnie zgwałcić, a następnie bestialsko zamordować? Wprawdzie nadzwyczaj normalnie wyglądająca blondynka opowiedziała zlęknionej Dorindzie w jakim celu została sprowadzona z czego wywnioskowała, że te tajemnicze istoty wiedzą jakimś cudem o istnieniu jej przypadłości i chcą ją wykorzystać lub bezprawnie odebrać. Mogła przecież paść ofiarą zasadzki. A co jeśli to plan filmowy kolejnej części „Drogi bez powrotu”? Zwolniła, ale nic tym nie wskórała – wreszcie opuścili podziemny tunel.

Widok więzienia u Magie zupełnie odbiegał od przewidywań Dorindy. Oczekiwała zastać typowo ziemski zakład karny, zamiast niego jednak, ujrzała kilkaset miniaturowych jaskiń wyżłobionych w blokach skalnych pod którymi rozciągała się niezmierzona przepaść. Kraty zgoła odmiennych cel przypominały laserowe miecze bohaterów Gwiezdnych wojen. Chyba najdziwniejsze z tego wszystkiego były odgłosy odbijające się głuchym echem po zakamarkach więziennych czeluści. Nadawały one jeszcze bardziej groteskowy nastrój. Choć określenie „tchórzliwej” nigdy nie przypisywano Dorindzie, widząc zachowanie więźniów – potworów, pomijając sam ich przerażający wygląd budzący ukryte lęki, czuła jak jej pokłady odwagi gdzieś się ulatniają.

Dygotała coraz mocniej i mocniej. Aby przezwyciężyć narastający strach, próbowała przelać całą koncentracje na stawianych wolno krokach oraz myśleć o czymś miłym. Wzrok natomiast utkwiła w trochę grząskim gruncie ścieżki prowadzącej do więziennych cel. Gdy dziewczyna stwierdziła z irytacją, iż niczym przyjemnym nie zdoła zająć swojego umysłu, zielono – szary stwór odznaczający się niemalże zerowym brakiem intelektu, dawny sługa Phobosa, owiał ją gnijącym oddechem.

- AAAA!!!!!!! – Głośność pisku siedemnastolatki przekroczyłby skalę urządzenia odmierzającego poziom decybeli.

Strażnik o masywniejszej posturze osłonił instynktownie młodą towarzyszkę szerokim cielskiem. Pozostali również odruchowo słali uspakajające zapewnienia. Dorinda błagała by zwrócono jej wolność, później spróbowała szamotaniny, co rzecz jasna było absolutnie daremne, aż w końcu padła przed strażnikami na kolana, dokonując tym aktu desperacji. Sługa Elyon zwany Redentorem wyciągnął ku brunetce dłoń, uśmiechając się przyjaźnie.

- To my powinniśmy słać waszej wysokości pokłony – rzekł.

Siedemnastolatka obdarowała osobliwe stworzenie pytającym spojrzeniem po czym obserwowała je chwilę spod zroszonych łzami rzęs. Uzbrojeni Meridjańczycy wyczekiwali pełni napięcia jakiegokolwiek gestu ze strony dziewczyny. „Szkoda marnować siły”(cors) – stwierdziwszy, Dorinda powstała bez niczyjej pomocy i otrzepała kolana. Musiała wziąć się w garść, może kiedy tylko wykona powierzone zadanie pozwolą jej wrócić na ziemię. Nie warto więc ciągnąć tą szopkę.

- Czy brat waszej Królowej jest człowiekiem? Nie zauważyłam aby tu…

Błękitnooka chciała zaspokoić narastającą ciekawość a zarazem rozgonić obawy. Penetrowanie wnętrza serca potwora stanowiłoby istną torturę. Redentor nie potwierdził szczęśliwie najgorszych przeczuć, przerywając mieszkance obcej planety:

- Przebywa tu kilkoro istot ludzkich. Jest nią również książę Phobos.

Dźwięk słowa „Phobos” wywołał u dziewczyny nagłą reakcję. Targnął nią bowiem natarczywy impuls: „Czy ja znam skądś to imię?” Nie zdążyła odnaleźć odpowiedzi ukrytej między lukami pamięci, gdyż korowód osobników płci męskiej otoczył wtem jedną z cel.

- Dotarliśmy na miejsce. – Strażnik nie powstrzymał drżenia głosu.

Dorinda zastygła w bezruchu. Nie od razu postać blondwłosego chłopaka poczęła wyłaniać się z półcienia, ale kiedy wreszcie spostrzegła zarys sylwetki, a później wychwyciła spojrzenie znienawidzonego przez meridiański lód księcia, uświadomiła sobie, że ma do czynienia z potworem, którego prawdziwą naturę tuszuje cielesna powłoka. Brunetka w mgnieniu oka przejrzała młodego mężczyznę. Niezwykły dar siedemnastolatki, określany przez jego właścicielkę mianem „szóstego zmysłu”, wiedział swoje, nigdy nie przedstawiał dziewczynie mylnych wizji. Westchnęła głośno. Rozdarcie tej nicości i odkrycie zaszyfrowanej mocy członka królewskiego rodu przybrało barwy praktycznie niewykonalnej misji.

Wrażenie przywidzenia szybko opuściło księcia, a jego miejsce zajął najgłębszy wyraz szoku. Czyżby ci zdrajcy oraz idioci o zaślepionych mózgach przyprowadzili mu pod nos wybawienie? Nonsens. Strażnicy zapewne nie mają zielonego pojęcia jakie przeznaczenie zostało przypisane tejże niewieście. Sprowadzili ją w konkretnym celu, Escanor domyślił się co to za cel zaraz po wyczuciu czyjejś obecności wewnątrz swego ducha. „Hmm, czyli plotki o potędze księżniczki nie są zakłamane” – pomyślał, ilustrując dziewczę od stóp do głów.

Znów przywołał pamięcią przepowiednię kapłanki, otrzymaną podczas szóstych urodzin. Wyłącznie ona chroniła go teraz przed szaleństwem. Owa przepowiednia najwidoczniej zaczynała się urzeczywistniać. „Jest zdezorientowana oraz zagubiona. Jej nieświadomość będzie doskonałą bronią”. – twarz dwudziestojednoletniego Phobosa pojaśniała, a oczy zapłonęły nigdy nie gasnącą żądzą władzy. Pora zapleść sieć, chłopak liczył chytrze, iż księżniczka Lacrimisu okaże się równie naiwna co jego siostra.

- Nareszcie! – Wszystkich zebranych zdumiał okrzyk radości obalonego trzy lata temu władcy. – Och Doroteo, dlaczego kazałaś mi tak długo na siebie czekać?! – Phobos podszedł najbliżej jak tylko zdołał, strażnicy polecili wykonać Dorindzie krok w tył.

- Nie słuchaj tego pani, to mistrz manipulacji – szepnął Redentor do ucha oniemiałej siedemnastolatki. Ta zupełnie nie wiedziała co się wyczynia, lecz intrygowała ją bezpośredniość kryminalisty. Dlatego pozwoliła mu kontynuować:

- Myślałem o Tobie każdego dnia swojego dotychczasowego istnienia. Obserwowałem – dopuki miałem możliwość – jak dorastasz i niczym piękny kwiat przeistaczasz w kobietę. Twe wspomnienia są mymi wspomnieniami, można więc powiedzieć, że dzielimy wspólne przeżycia. – Dawny władca ciągnął nieprzerwalnie uchwycony iskierki nadziei, którą posiadał od początku więziennej egzystencji.

W skutym lodem sercu nosił wiarę w odnalezienie przebywającej na Ziemi księżniczki, a ona we własnej osobie przywróci pierworodnemu Escanorowi meridiański tron. Wyobrażał sobie karyłomne poszukiwania Dorotei, dziewczyna tymczasem stała przed nim. Chory umysł młodego mężczyzny zrodził przebiegły podstęp. Wystarczyło tylko omamić podaną na tacy ofiarę.

- Kłamiesz!!! – Wydusiła jasnooka brunetka.

Więzień nie brzmiał bardziej wiarygodniej od reszty nieznajomych, Dorindę odstraszała dodatkowo nieprzenikniona dusza osobnika, ktoś taki raczej nie głosi prawdy wszem i wobec. Miała powyżej uszu wyssanych z palca bzdur, księżniczka? Jeszcze niebawem była zwykłą nastolatką ze zwykłymi nastoletnimi problemami. I dlaczego u licha nazywają ją „Dorotea”?

- Gdziesz bym śmiał. – Escanor udał dotkniętego insynuacją przybyszki, po czym przedostał przez szczelinę krat prawą dłoń. – Sama się przekonaj.

Redentor błyskawicznie odgrodził zbitą z tropu Dorindę, rzucając równocześnie ostrzegawcze spojrzenie Księciu. Siedemnastolatka nie mogła w to uwierzyć, wyglądało, że nieznajomy wiedział o jej darze. „Skąd?!?” – pytała samą siebie. Poniekąd nie powinna czuć wielkiego zdumienia, inni przecież wiedzieli, a wieści zwykle się rozchodzą. „Ale jeśli słowa tego całego Phobosa zawierają ziarenko autentyczności?” Nagle dziewczyną ogarnęła determinacja rozwiązania zagadki. Minęła zwinnie postawionych na baczność strażników, przepuścili ją jednak Redentor zacisnął palce wokół nadgarstka podopiecznej.

- Wiem co robię – odburknęła Dorinda, wyrywając rękę z uścisku.

Dowódca królewskiej gwardii niechętnie dał za wygraną, patrząc jak dziewczyna podchodzi do niebezpiecznego meridiańczyka. Dziewczyna patrzyła Escanor’owi prosto w oczy, ani na moment nie utracili wzrokowego kontaktu. Próbowała innym sposobem poznać emocje chłopaka, ale spojrzenie również żadnych nie zdradzało. Zdawało się jakby czas zawisł w miejscu, kiedy siedemnastoletnia Dorinda dotknęła skrawkiem dłoni skóry księcia Phobosa.

Opublikowano odcinki | Otagowano , , , , | 15 komentarzy